Stowarzyszenie Vajra

vajra baner.jpg

Mordownik - relacja z trasy TP15

Email Drukuj PDF

13 wrzesień wieczorem pakujemy się na Mordownika, czeka nas pobudka o 4.00 rano. Paweł ma przyjechać po nas o piątej. Kroczyce niedaleko, ale Paweł i Sebastian mają start już o 7.00 na trasie TP50. Nasza TP 15 rusza dopiero o 9.00. Śpimy sobie smacznie, a tu nagle telefon do Sebastiana od Pawła, który stoi przed domem. Okazuje się, że zaspaliśmy mimo dwóch nastawinych budzików w telefonach. Sebastian nastawił o godzinę za późno, a ja miałam wyciszony telefon. Szybko zbieramy się budzę Sarę, która startuje razem ze mną. Śniadanie, kanapki, ostatnie pakowanie i ruszamy. Dość, że wcześnie rano to jeszcze zimno i pada. Ja jak zwykle chora, zamiast się wygrzewać to trzeba jechać, bo szkoda stracić imprezy, a imprez w naszym regionie coraz mniej. Docieramy na czas, rejestrujemy i czekamy na start. Chłopaki ruszają o 7.00 z planem ukończenia w limicie i zebrania wszystkich punktów. Ja z Sarą czekamy na Martę i Magdę, które również startują z nami. Godzina zero, organizatorzy wywożą nas na start, pokazują na mapie gdzie jeteśmy i w drogę. Widzimy skałki na mapie, więc przy pierwszych napotkanych skałkach szukamy PK5, ale na mapie jest las bukowy i dębowy, a przy naszych skałkach nie ma, więc idziemy dalej. Wreszcie las jest, skałki są, a punktu nie ma. Rozdzielamy się ja idę z Magdą, a Sara z Martą, chodzimy tam i z powrotem mijamy innych zawodników z naszej trasy, krórzy również szukają. Nagle pan Piotr jedyny mężczyzna z naszej trasy krzyczy, że znalazł, w końcu to stary rajdowiec, więc biegniemy wszystkie na wskazany kierunek po drodze mijają nas zawodnicy z trasy rowerowej, którzy jadą prosto do punktu jakby sami go postawili. Podbijamy, pytamy zawodników gdzie południe, ponieważ nie mamy kompasu. Dzwonię do chłopaków jak im idzie. Dowiedziałam się, po całej wiązce niecenzuralnych słów, że są w lesie. Przedzieramy się przez jakieś chaszcze, w butach chlupie, i zaczyna się jak to w grupie dyskusja, którędy iść, bo każdy ma swoją najlepszą koncepcję dojścia na punkt. Docieramy do PK4 żywieniowego i z radością widzimy jak chłopaki z punktu pieką kiełbaski na ognisku, radość trwa krótko, ponieważ pieką dla siebie. Ale dla nas też pychotki: banany, ciastka i woda, ale taką kiełbaskę to by się zjadło. Dalej do PK 7 ustalamy wspólnie trasę dojścia. Na mapie są ścieżki i polanki, a w rzeczywistości nie ma, w końcu docieramy do drogi, ustalamy z napotkanym grzybiarzem gdzie jesteśmy i w drogę. Sara postanowiła trochę pobiegać i ruszyła przodem. Znowu ścieżki, których nie ma i nie wiadomo gdzie skręcić. Ustalamy, że idziemy prosto, a Sara pobiegła w lewo i nas nie słyszy, więc ja za nią, a Marta z Magdą prosto. Okazało się, że Sara doszła prosto do PK7 i od tej pory szłyśmy razem, ku wielkiemu niezadowoleniu Sary, która chciała iść sama, ale ja mamusia przecież nie pozwolę nastolatce samej chodzić po lesie, bo przecież dzki, węże, pełno zboczeńców i jeszcze się może zgubić. Następne PK12 to jaskinia niedaleko jakiś zabudowań, więc obieramy kierunek i idziemy na wyczucie robimy kilka kółek wokół punktu, spotykamy Piotra z partnerką, którzy też szukają. Znależli jakąś dziurę w skałce, ale jest wąsko i ciemno, a miała być oświetlona w środku. Pojawiają się organizatorzy i okazuje się, że to jenak dobra dziura. Podbijamy i do ostatniego PK 8, znowu pytamy zawodnika gdzie na północ. Biegniemy nagle z jednej ścieżki robią się trzy i gdzie tu iść? Jak się póżniej okazało wybrałyśmy dobrze znajdujemy punkt bez problemu i do mety. Przybiegamy do mety 2 minuty za Piotrem i partnerką, czyli na 2 miejscu z kompletem punktów. Marty i Magdy jeszcze nie ma po godzinie docierają do mety bez jednego punktu. Niestety im się nie udało wybrać właściwej ścieżki i „troszkę” zboczyły z trasy. Zjadamy pyszny posiłek i czekamy z Sarą na chłopaków. Pół godziny przed limitem pojawiją się z lekkim niedosytem, ponieważ brakło im czasu na odnalezienie 3 punktów. Ogólnie impreza bardzo udana, a dobre jedzenie długo jeszcze będę pamiętać. Po chodzeniu w mokrych butach zamiast rozchorować się jeszcze bardziej wyzdrowiałam. I na następną imprezę zabieram kompas.