Stowarzyszenie Vajra

vajbannep.jpg

 

Zapraszamy na nasze imprezy wejścia przez zakładki :)

 

Aktualności Vajra

II Rajd Wiejski za nami

Email Drukuj PDF

Po raz kolejny udało sie. Tym razem był to Rajd Wiejski – II edycja. Rajd promował walory wsi naszej gminy. Na pierwszy plan poszła miejscowość Rodaki. W rajdzie wzięło udział 40 osób z różnych zakątków naszego kraju (m.in. Kraków, Katowice, Sosnowiec, Warszawa, Poznań, Bytom) - czyli same mieszczuchy chociaż wątpię patrząć jak sobie radzili na trasie. Trasa liczyła ok. 12 kilometrów po naszej pięknej gminie Klucze.

Więcej…

Funex Orient - czyli AR na zakończenie sezonu

Email Drukuj PDF

 

Na zakończenie sezonu wybraliśmy się dość sporą grupką naszych klubowych kolegów na Funex Orient, który był organizowany tym razem bardzo blisko nas czyli w Krakowie. Dwa teamy w składzie Ja – Paweł K i Paweł B – Marcin wystartowaliśmy na trasie długiej AR o długości 180 km a kobiety i dzieci Marta – żona, Sara – córa, Marta – siora i jej koleżanka na tasie rekreacyjnej pieszej 20 km. Start naszej trasy był zaplanowany na godz. 22.00 czyli jeszcze większość nas czekał pracowity dzień. Po zdaniu przepaków rejestracji w oczekiwaniu na start dzięki Marcinowi który podrzucił lutownice naprawiłem swoją czołówkę – znowu świeciła. Niestety tylko do zużycia baterii pomimo zmiany na nowe już nie odpaliła – czemu ??? Wreszcie start tępo ostre a ja czuje ze tracę oddech w myślach kurcze gdzie oni tak gonią przecież to 180 kilosów, słabnę ewidentnie nie moje tępo. PK 3 Jaskinia Kryspinowska – pomimo że byłem tam ponad 20 lat temu trafiam bez problemu i miłe zaskoczenie jesteśmy 1 niestety radość nasza nie trwała długo, bo czołóweczka szybko nasz minęła Nawigatorzy, Nonstopy,  Ihaha Adventure Express – ale i tak było to miłe przez kilka minut pociągnąć stawkę . Wreszcie po mały błędzie nawigacyjnym dopadamy do kajaków – tu jak to jeden kolega na stracie zauważył ze będzie się stawka rozbijać. Płyniemy sobie równym tempem blisko ścinając zakręty Wisełki ku naszemu zdziwieniu nasze umiejętności pływackie są zaskakujące wyprzedzamy nawet parę zespołów, długa przenoska trochę wybija nasz z wiosłowania ale szybko wracamy do rytmu. Pogoda nadal łaskawa na przepaku szybciutko zrzucamy mokre ciuch zakładamy rolki i wałami nad wiślanymi pomykamy w poszukiwaniu kodów haseł które trzeba zapamiętać. Powrót drugim brzegiem. Prawie całą trasę przemierzamy z Magdą i Konradem. Pięcio minutowy przepak i trek w kierunku bazy do zebrania jeszcze dwa punkty w Lasku Wolskim. Po trekingu czas wreszcie wypróbować nowy sprzęt, wsiadamy na swoje rumaki i w drogę – po drodze w Dolinie Kobylańskiej zadanie specjalne wspinaczka i zjazd na linie. Paweł szybciutko się z nim uporał. Wreszcie docieramy do Punktu gdzie zaczynamy ponad 20 km bieg na orientacje, duże przewyższenia dają się we znaki. Zaczynamy kryzysować mi zaczyna się odnawiać kontuzja stawu skokowego a Pawłowi we znaki dają się nie przespane noce, a na dodatek zakładając że skończymy ten etap za dnia nie zabraliśmy sobie czołówek. 3 ostatnie punkty zbieraliśmy już za pomocą niezawodnego telefonu solid wyposażonego w latareczkę. Na trasie dochodzi info że dziewczyny wystartowały i się męczą – radość czemu my tylko mamy doświadczać cierpienia. Znowu baza wysunięta i tu trzeba zrobić ukłon w stronę ogra, zupka kanapeczki smakują nieziemsko i co najważniejsze nie limitowane. BNO podsuszyło ostro gdyby nie jeden pan z wiejskiego gospodarstwa to bym wysechł na wiór – a na dodatek chłop znał się na rzeczy cyt. „co maraton biegniecie” – z uśmiechem na twarzy skomentował; a potem banina na polu dorzuciła cyt " Co długo tak będziecie jeszcze biegać – bo latem mi tu po życie biegali",  od BNO dołączyliśmy do Artura i Piotra razem raźniej na tych podjazdach co jakiś czas komentując sytuację i używając inwektyw w stosunku do podjazdów i do czasu do czasu w stronę organizatora za lokalizację PK. Po drodze zadanie specjalne Jaskinia Racławicka. Namawiam chłopaków na wariant przez pola golfowe w nocy może nas nie pogonią myślę. Oczywiście wariant na czuja ale nie chciałem napierać od dołu pamiętając te stromizny. Udaje się po chwili dezorientacji łapę trop i bezbłędnie najerzdzam na jaskinie. Szybka akcja i teraz już można z górki a raczej góry i znowu długie podjazdy. Mijają kilometry zaczynamy przysypiać na rowerkach a to bardzo nie bezpieczne. Szybka decyzja i czwóreczką zalegamy na przystanku okryci foliami. Obudził mnie chłód – budzę Pawła żeby napierać dalej. Artur z Piotrem postanowili jeszcze troszkę dychnąć. Zbieramy następne punkty koło Lotniska Balice zjazd na stacje czekolada, chipsy i kola wzmacnia nasze morale, lekka drzemka na zapleczu. Jeszcze parę Pk i koniec – jak to mówią w ultra nie można się doczekać dwóch rzeczy startu i mety my byliśmy już na tym drugi niedoczekaniu zwijamy następne 2 punkty. Jeszcze tylko trzy i baza. Docieramy w okolice mostu gdzie kończyły się kajaki Paweł wjechał w krzaki robi się nie bezpiecznie ale po dwóch nie przespanych nocach to co się dziwić. Szybka decyzja na drzemkę aby oszukać ciało. Dojeżdżają nas chłopaki Artur z Piotrem któremu minął już kryzys wycofu. Zbieramy punkt w jaskini Jasnej. Teraz jeszcze tylko centrum dwa parkomaty odwiedzić i koniec. Zaczyna świtać a wraz z dniem wracają siły – ludziska wracają z imprez i dyskotek wymęczeni chyba bardziej jak my. Ale cóż każdy robi to co lubi. Kończymy z wielką ulgą. Posiłek i krótka drzemka. Wstałem dopiero na losowanie nagrody głównej. Czas się zwijać, myjemy rowerki pakujemy mandżur i w drogę. Podsumowują cały rajdzik to można powiedzieć że się działo. Tu wrzuciliśmy tracki (64-71) z trasy. My z Pawłem troszkę się przeliczyliśmy czasowo i wyszło nam 30 h 55min i 05s przemierzyliśmy ponad 200km (plasując się na 7 miejscu). Marcin wycofał się z powodu kontuzji oraz deklaracja że nigdy więcej rajdów tylko maratony (i tak mu nie wierzymy), Paweł nie mógł się na nas doczekać na przepaku żeby nie napierać solo i też obrał kierunek baza. A dziewczyny ukończyły 20km trasę rekreacyjnie (10,1115,16 miejsca). Najważniejsze że nie przesiedzieliśmy przed kompem czy telewizorem. Do zobaczenia na następnym do którego zaczynamy treningi już tylko jak wyliżemy rany.

Wyniki na stronie organizatora - Funex Orient

 

 

3 rzeki - czyli weekendowe wspominki

Email Drukuj PDF

Na rajd zapisałem się kawałek temu tak na spontanie, zapowiadał się atrakcyjnie i taki był pod względem atrakcji tych zafundowanych przez organizatora jak i również przez życie. No tak zapisałem się a partner gdzie? A no cóż zabrakło i zacząłem desperackie poszukiwania. Pawły moi klubowi partnerzy nie mogli, Marcin też odpadł, wiec lapnąłem za telefon i po paru minutach przeglądania kontaktów znalazłem – Coskiego. Więc dzwonię po krótkich negocjacjach się zgodził – ja uratowany. Niestety radość nie trwała długo, bo tydzień przed startem życie napisało nowy scenariusz mój partner musiał wyjechać służbowo na wyspy. Co tu robić na szczęście jest jeszcze Facebook. Ogłoszono na stronie ogra i znalazły się nawet dwie oferty: pierwsza od Artura, który chciał się wymigać z czwórki, na szczęście mi też rozsądek podpowiedział, że z tą ekipą napieraczy bym umarł, więc skorzystałem z propozycji Bartka. I to był dobry wybór - Bartek przeniósł się ze speeda na mastersa i nawet dograliśmy się pod względem tępa i celów rajdowych (czyli spokojnie do mety i walczymy do końca). Przed wyjazdem jeszcze rodzinka mnie wystawiła do wiatru, która miała ze mną jechać, wiec ani kibiców ani wsparcia psychicznego nie będzie. Chociaż bardzo lubię jak bliscy mnie oczekują na mecie. Po dopakowaniu swojego super samochodu ruszam – kierunek Nowy Dwór Mazowiecki na podbój tytułowej rajdowej trójcy (Wisły, Narwi i Wkry), pierwsze tankowanie i zong, nie mogę odpalić samochodu zawias rozrusznika – ładnie się zaczyna – myślę sobie. Po chwili znajduje jakąś dobrą duszę, która mnie szarpie – odpalam i w trasę. Czeka mnie mały sprawdzian nawigacyjny, bo ani GPS-a, ani mapy tylko spisanych parę cyferek dróg krajowych i kluczowe zjazdy. Mijają kilometry docieram już po nocy w okolice miejscowości Błonie – remontowany most, na wyczucie jadę w prawo znaków objazdowych brak, ale tak myślę że trzeba potem w lewo i lewo – koncepcja się sprawdziła. Dalej już jak po nitce do kłębka i ląduje w ZS nr3 w Nowym Dworze, do startu trzy godzinki. Spokojnie kwateruję się i odbieram pakiety startowe. Spotkanie ze starymi znajomymi – na dodatek wkopuje Artura, że chciał się wymigać z czwórki – sorry. Odprawa na wesoło, najciekawszy był instruktarz z radio-orientacji (to taka nowość dla rajdowców) – mam nadzieję, że teraz po przełamaniu pierwszych lodów, zacznie pojawiać się częściej w rajdowym menu. Po całej ceremonii rozdania map, wreszcie spotkanie w realu z moim do tej pory wirtualnym partnerem, zdajemy przepaki i spacerkiem na start oddalony o 3km od bazy. Trzeba przyznać, że okolica Nowego Dworu z lekka szemrana. Już w trakcie marszu na start dostaliśmy propozycje obicia ryła, na szczęście czas nas gonił i nie pozwolił na dłuższą konwersacje z zapijaczonym małolatem. Jak się okazało to nie jedyny incydent zaczepek ze strony jednostek autochtonicznych. Wreszcie upragniona chwila, ostatnie wskazówki rozdanie nadajników GPS i start ortofotomapa w dłoń i ogień. Po paru minutach już odczuwam lekkie przegrzanie, bo ze względu na kajaki to założyłem dodatkową bluzę – ale na razie nie ma czasu na przebieranki. Miejskie BNO – ogarnięte w momencie dobrymi wariantami. Wpadamy na PK1 – tu zaczynamy rolkotrek. Roleczki na nogi i w trasę, i znowu zaczepka tym razem ze strony troszczących się o nasze zdrowie stróżów prawa, na szczęście pogrozili tylko palcem, a my obiecaliśmy, że od tej pory będziemy przestrzegali przepisów ruchu i będziemy przemieszczać się po chodnikach oczywiście. Rozmowa z nimi była jednak wesoła, ponieważ musieliśmy wysłuchać żali, że my to przynajmniej tu po bocznych drogach jeździmy, a nasi koledzy to po krajówce napierali. No cóż przyroda szkoda, że nie widziałem moich kolegów na tej krajowce. Ale solidnie wykonywali swoje obowiązki bo nie kupili naszego tłumaczenia, że my to prawie jak rower mamy światełka czerwone z tyłu, białe z przodu i kółeczka – uświadomieni co do litery prawa „rolkarze do piesi” ruszamy dalej, ale na nasze szczęście chodnik skończył się po 300m. Na szczęście nie spotkaliśmy już więcej panów policjantów. Idzie gładko PK2, z 2 km przed PK3 mamy znowu towarzystwo – fajny piesek towarzyszy nam, aż do treku przez las, asfalt był na tym etapie, ale i tak Bartkowi zdarzyła się wywrotka na jakiejś dziurze. Przecinamy lasek zbierając trójkę i dalej roleczki na krótko, bo w lewo szuter, ja postanowiłem zmienić rolki na buty, a Bartek zdecydował się na rolki, wczołgując się pod most zaliczamy PK4 dalej do drogi i znowu zmiana buty na rolki, w między czasie dochodzi Bartek wychodzi na to samo. No i z górki asfalt nie za bardzo, ja na hamulcu, ale Bartek wybiera bardziej hardcorową wersję i przy okazji zalicza dwie gleby – na szczęście nie groźne w skutkach. Wreszcie docieramy do strefy zmian PK5, gdzie zaczyna się 38 km etap kajakowy. Wodujemy kajak, noc piękna gwiazdy świecą, płyniemy sobie spokojnie Wkrą, przez chwile jakieś zwierzątko pluska, a nawet raz wielki pies podąża w naszym kierunku – mieliśmy nawet wrażenie ze to ten sam co na rolko-treku – wiosłujemy. Na końcu wpływamy w kanał w kierunku PK6 docieramy na miejsce tu parę ekip szuka. Nie ma punktu. Ja niedowiarek myślę sobie nie możliwe żeby z wyspy zwinęli, poświęcam jeszcze z pół godzinki na szukanie, po czym odpuszczamy. Po wypłynięciu z kanału rzeka Narew i mgła – na czuja z zegarmistrzowską precyzją lokalizujemy PK7. PK8 znowu brak, oblatujemy wszystkie mury wreszcie odpuszczamy – i tu sobie obiecujemy, że od tej pory nie będziemy szukać tylko info do organizatora – ale to tylko obiecanka. PK9 bez problemu ale trzeba było podciągnąć spodenki sforsować mieliznę, na szczęście wziąłem neoprenowe skarpetki co pozwoliło mi dalej płynąć w cieplnym komforcie.  Wielka ta Wisła i czasami pod falę – uraczeni miłą konwersacją przepływamy PK10 i od razu zbieramy PK11. Nie ma mowy nie wracamy pod prąd 2,5km – może ukradli tłumaczymy sobie. PK 12/13 wita nas ciepłą herbatką i zadaniem z nawigacji GPS. Zbieramy 2 punkty, zmieniamy mokre skarpety buty i na rowerek. PK 14, 15, 16, 17 to piękne rejony Parku Kampinoskiego gdzie nie możemy liczyć na asfaltowe przebiegi z wyjątkiem przelotu z 15 na 16. W tej dżungli pierwsze dwie małe gafy nawigacyjne jednak niemające dużego znaczenia, ale kosztowały nas tak z pół godzinki. Dla polepszenia nastroju zganiamy to na dokładność mapy (1:50000) i kupę nie zaznaczonych ścieżek. Zachwyceni urokami parku i ilością turystów spędzających sobotę na łonie natury zaczynamy odczuwać pierwsze małe kryzysiki, mnie zaczyna kłuć w kolanie – stara kontuzja. Walczę z bólem, ale przed PK 18/19 odpuszczam i sięgam po tabletkę zapomnienia łagodzącą cierpienie odczuwane z każdym naciśnięciem na pedał. PK18 wita na wspomnianą już wcześniej radio-orientację i eksploracją fortu – bardzo fajne zadanie wsparte fachową instrukcją pana z brodą i panią bez głosu. Gdy opuściliśmy podziemia czekała już na nas mapa do BNO lasów okolic Kazunia Polskiego. Bartek przejmuje inicjatywę, powoli zapada szarówka staramy się jak najwięcej punktów zaliczyć po widnemu, co nam się udaje, ale przy okazji staje źle na 2 miesiące wcześniej skręconej nodze, boli – uff po chwili mija ból, a już miałem obawy że rajd dla mnie się skończy. Z ostatnim punktem walczymy z powodu ciemności i wyłączenia głowy, wreszcie obieramy pewny wariant i znajdujemy go stał sobie spokojnie tam gdzie miał stać. Na rowerki i dalej na następne BNO w okolicach Twierdzy Modlin, jadę po omacku, wreszcie staje zmieniam baterię i jest światłość. Prostymi przelotami docieramy do ostatniego PK20/21, przy okazji zastanawiać się, jaka lokalna społeczność rozróżnia te Kazunie, bo jest ich tu ogrom np. Kazuń Nowy i Nowy Kazuń, Kazuń Polski itp. Twierdza to poezja teren super niestety ludność nie umie uszanować, że ktoś się dobrze bawi - kradnie punkty, a w ostatecznej próbie doprowadza nas pasji. Ruszając wiemy ze nie ma B, K a tu dochodzi I, C. Zostaje nam jeszcze do zebrania D.E,F i G. następna zaczepka pijaczków przelewa czarę. Dodatkowo jak to mówi serce z reklamy „całe życie na limicie” – odpuszczamy ostatnie cztery punkty, (których potem oczywiście żałujemy, bo czas jeszcze był), Omijamy je dołem nic nie zyskując na km. Wsiadamy na swoje stalowe rumaki po krótkiej bajerce z Kubą ubranym w jakiś worek na śmieci i na metę odległą 2km. Super, wreszcie po blisko dobie napierania, kąpiel, jedzonko i upragniony śpiworek. Podziękowania dla organizatorów za fajną imprezkę, która kosztowała sporo przygotowania, miłą obsługę i atmosferę. Partner też na medal, chociaż to jego drugi rajd i pierwszy powyżej 100 – gratulacje, może kiedyś przyjdzie nam jeszcze razem wystartować?

Polecamy strony gdzie pojawiły się już pierwsze komentarze galerie, filmiki i wyniki.

http://www.rajd3rzeki.hillsprint.pl/index.php?option=com_content&view=category&layout=blog&id=82&Itemid=489

https://www.facebook.com/3rzekiadventurerace?fref=ts

 

 

Strona 1 z 36